poniedziałek, 31 grudnia 2018

Bell Carnival- wystrzałowa, pełna blasku limitowana kolekcja

Bell Carnival- wystrzałowa, pełna blasku limitowana kolekcja

Przed nami Sylwester 2018. Huczna zabawa. Żegnamy stary rok, witając ten nowy, 2019, który wnosi ze sobą kolejne nadzieje i wyzwania. Gromadzimy się wśród najbliższych, znajomych, na balu, na domówce. 
Przypuszczam, że wiele osób właśnie się szykuje. Kreacja i ten błysk w oku są końcu najważniejsze.

My tegoroczny Sylwester spędzamy w domu. Zawsze wśród swoich jest mi najlepiej. I potrafimy się tak zorganizować, że my, dorośli, szybciej padamy, niż nasze dzieci.

Jak dodać sobie tego dnia blasku w kwestii makijażu? 
Dobrze wiecie, że w sieci Biedronka pojawiła się w tym celu genialna, limitowana kolekcja Bell Carnival. Szczerze mówiąc u mnie w mieście nie mogę już nic a nic z tej serii znaleźć. Zniknęło w oczach. Dobrze jednak, że mam w domu. Uff, oszczędzę sobie poszukiwania.

W skład całej linii wchodzą bardzo ciekawe kosmetyki. I cieszę się, że te nowości mam u siebie.

Zatem jak prezentuje się całość?


Myślę, że każda z Was znajdzie tutaj coś, co podkreśli sylwestrowy make-up. Żeby był taki z pazurem, intensywny, bo w końcu to jeden z najbardziej szalonych dni w roku.

Jeżeli jesteście ciekawi, co Bell Carnival oferuje, to zapraszam do dalszej treści.

Bell Carnival Shiny Lips
połyskujące pomadki do ust

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to oczywiście pomadki. A tutaj mamy je w trzech odcieniach:


Są to pomadki połyskujące, mające kryjącą formułę. Nadają one ustom intensywne rozświetlenie oraz zapobiegają ich wysuszaniu.

Odcienie są następujące:
- numer 01: "Strawberry Slushie", czyli delikatna czerwień w połączeniu z lśniącymi drobinkami,
 - numer 02: "Bubblegum Smoothie" to bardzo lekki lekki róż,
 - numer 03: "Tutti Frutti Soda" to najbardziej delikatny odcień, który nabłyszczy Twoje usta.


Pigmentacja jest delikatna. Więc przygotujmy się na to, że nie będzie to super efekt wow.  Zjada się dość szybko. Ale uzyskujemy ten błysk i rozświetlenie. Malutkie drobinki spowodują, że Twoje usta będą wydawać się pełniejsze i oczywiście jeszcze bardziej seksowne.


Przyznam sie szczerze, że są one dość oryginalne i przyciągają uwagę.


Bell Carnival VINYL LIPS
winylowe błyszczyki do ust

Pomadki mamy, więc czas również na prezentację błyszczyków o winylowej formule, dzięki której Twoje usta będą miały nie tylko intensywny kolor, ale i lustrzany blask. Fajnie nawilżają, chociaż jak dla mnie trochę się kleją, co w rozpuszczonych włosach podczas wietrznych dni trochę mi przeszkadza. Taki urok błyszczyków. 


Moją uwagę przykuła oczywiście czerwień, idealnie nadająca się na dzisiejszy wieczór. 


Bell Carnival Metal Frosting Eyeshadow foliowe cienie do powiek 


Jest to moje totalne zaskoczenie z tej całej limitowanej kolekcji.

Mowa oczywiście o foliowych cieniach do powiek. Idealnie aplikuje się je palcem, co jest niezwykle wygodne. Można je nakładać zarówno samodzielnie, jak i na inne cienie. Pozostawiają na powiekach wysoki połysk i kolor. Dostępne są w 4 kolorach, jednak w moim przypadku najbardziej przemawia złoto. 


Jednak nie zmienia to faktu, że cieni w takiej formie, sypkiej, za bardzo nie lubię, chociaż ich aplikacja jest szybsza, niż machanie pędzelkiem. Podoba mi się to, że można je wykorzystać na inne cienie. 


Uzupełnieniem całego blasku będzie oczywiście puder rozswietlający.  

Bell Carnival Vanilla Sugar Face&Body Shine Powder Sypki puder rozświetlający 


Kosmetyk ten doskonale sprawdzi się zarówno w rozświetleniu twarzy, jak również ciała! Pięknie mieni się na dekoldzie, czy ramionach. I naprawdę pachnie. Waniliowo, dość słodko, ale byłabym chyba w stanie to znieść, byleby uzyskać odpowiedni efekt. 


Bell Carnival Show off Nail Enamel
błyszczące lakiery do paznokci 


To już ostatnia część z całej serii, czyli tradycyjne lakiery do paznokci. Są dwa odcienie czerwieni, z czego jeden jest typowy, perłowy, no i sztos na karnawał / Sylwester, czyli brokatowy! 

To jak, gotowi już na wieczór? 
Dla mnie kolekcja Bell Carnival kojarzy się z hasłem: "błyszcz i baw się kolorami".

Korzystając z okazji życzę Wam tego, aby Nowy Rok 2019 napełnił Was pozytywną energią, był czasem wzajemnego zrozumienia i szacunku. Życzę Wam również wiecej czasu dla Siebie i najbliższych, codziennego spokoju, życiowej mądrości oraz szczęścia i zdrowia każdego dnia. 
Niech wszystko układa sie po Waszej myśl.


niedziela, 30 grudnia 2018

Lily Lolo - w pogoni za naturalnymi kosmetykami (Translucent Silk, Natural Eye Pencil, Laid Bare Eye Palette, Hydrate Day Cream)

Lily Lolo - w pogoni za naturalnymi kosmetykami (Translucent Silk, Natural Eye Pencil, Laid Bare Eye Palette, Hydrate Day Cream)

Z kosmetykami marki Lily Lolo miałam okazję zapoznać się w tym roku i była to najlepsza decyzja w kwestii doboru produktów do makijażu.

 Na własnej skórze mogłam się przekonać do tego, że aplikuje się je naprawdę bardzo łatwo (czego jeszcze jakiś czas temu się obawiałam). Ogromnym plusem jest również fakt, że mają one bardzo pozytywny wpływ na skórę mojej twarzy nie tylko "nosząc" się z nimi na co dzień, ale również tuż po demakijażu. 

Mineraływolne od drażniących substancji chemicznych, sztucznych barwinków oraz wypełniaczy. W ich skład wchodzi m.in. tlenek cynku, który posiada właściwości lecznicze. Dla mojej dość problematycznej cery to bardzo istotne.

Dlatego też moja kosmetyczka co jakiś czas powiększa się właśnie o tego typu kosmetyki.

Zamawiane wcześniej z Lily Lolo krem BB, podkład, utrwalająca mgiełka oraz pędzel Kabuki sprawdzają się na szóstkę. Moją recenzję na ich temat znajdziecie tutaj KOSMETYKI LILY LOLO - HIT W MOJEJ KOSMETYCZCE.

Tym razem sięgnęłam po cztery kolejne pozycje, których dotąd bardzo mi brakowało. A jak wiecie, lubię stosować wszystko tej samej marki.


Skoro posiadam już podkład Lily Lolo, to do pary potrzebowałam również puder. I tu skusiłam się na jedwabny puder sypki Translucent Silk Lily Lolo.


Jest on drobniutko zmielony o białym (lekko perłowym) zabarwieniu, co na pierwszy rzut oka troszkę mnie zmyliło. 


 Myślałam, że skutkiem jego aplikacji będzie totalne wybielenie skóry. A nie miałam zamiaru w ten sposób "świecić" twarzą. Tymczasem okazuje się zupełnie inaczej, ponieważ puder ten świetnie łączy się z odcieniem zarówno cery, jak i podkładu (czy też kremu typu BB) dając naturalny, niewidoczny efekt. Matowego wykończenia nim nie uzyskamy. W tym celu w ofercie jest zupełnie inny puder ((Flawless Matte). Ja jednak na nadmiar sebum nie narzekam, wręcz przeciwnie, stąd wybór padł na ten jedwabny. Dzięki Translucent Silk otrzymujemy taką bardzo przyjemną, satynową powłokę, która delikatnie nadaje i blask i rozświetlenie.

Jest tutaj widzę wszystko na "nie", jednak w odwrotnym tego słowa znaczeniu:
- nie trzeba "mazać" pędzlem w tą i tamtą, wystarczy odrobina i uzyskacie naturalny makijaż,
- nie zmienia koloru podkładu, 
- nie ściera się, ani nie roluje (tu uwaga - jak się uprzesz możesz przesadzić),
- nie widać tego, czego nie lubimy: niedoskonałości, suchych skórek i innych cudawianek, 
- nie zatyka nam skóry,
- nie jest napchany szkodliwymi składnikami, 
- twarz nie jest już nudna i szara.

Ja jestem w nim zakochana. Wiedziałam, że to będzie to "coś". Używam go codziennie. Jego transparentność nie pozostawia żadnej białej powłoki, wręcz odbija światło, dzięki czemu nasza cera wygląda świeżo. Ja lubię delikatne, naturalne makijaże, wręcz niewidoczne. I w duecie z podkładem taki makijaż w zamian otrzymuję. Cena może trochę zniechęcić, ale uważam, że jest to mega wydajny produkt i warty wydanie akurat takiej kwoty. 

Bardzo lubię mieć podkreślone czarną kredką oczy.
Zwłaszcza tą dolną powiekę. I dość długo szukałam w tej kwestii czegoś, co nie będzie twarde jak skała. Owszem, mam eyelinery w pisaku, w pędzelku, ale kiedy tylko odrobina dostanie się do oka, to płaczę, wszystko się rozmazuje i całą robotę szlag trafia. Chciałam mieć taką kredkę, która wręcz sunie po powiece bez przykrości i bólu.

Stąd decyzja padła na naturalną kredkę do oczu Lily Lolo


 Graficznie nie odbiega od pozostałych kosmetyków tej marki. Najbardziej podoba mi się to, że ma zatyczkę, więc nie pobrudzę sobie nią kosmetyczki.

Do dyspozycji mamy dwa kolory: brązowy i czarny. Ja potrzebowałam ten drugi odcień.


Jeżeli chodzi o zastosowanie jej na oku to jest super. Jest bardzo miękka, nie musimy jej naciskać, aby namalować kreskę. I to zaliczam jako bardzo duży plus, ponieważ akurat na tym mi bardzo zależało. Dwa pociągnięcia i jest mega czarny kolor. Jej struktura nie robi również żadnych problemów z temperowaniem. Zmywa się także szybko. Bardzo dobrze rozmazuje się pędzelkiem i perfekcyjnie sprawdzi się w uzyskaniu efektu smoky eyes. Niestety czasem gromadzi się w wewnętrznym kąciku powieki. Chociaż zdarza się to również w przypadku innych tego typu kredkach. Dodatkowo odbija się na górnej powiece. Mam wrażenie, jakby się rozpływała. Ale myślę, że to zależy też od wykonanej kreski, jej grubości i ilości warstw. Ja po kilku próbach już ją sobie "rozpracowałam" i dobrze mi się nią maluje. 

Brakowało mi cieni w paletce, w takich kolorach, które bardzo lubię. Wiedziałam, że doskonała, pasująca do mojej osobowości będzie Laid Bare Eye Palette.


Kasetka jest elegancka, skromna i bardzo fajnie się prezentuje.


W środku wyposażona jest w to, co jest nam niezbędne, czyli lusterko i podwójny aplikator. Czyli wszystko mamy pod ręką, prawda?


W kasetce zawarty jest zestaw ośmiu wyjątkowych cieni prasowanych, w neutralnych odcieniach, pasujących do każdego typu karnacji i na każdą okazję.


Jaśniejszymi cieniami stworzymy naturalny, typowy na co dzień makijaż. Jeżeli będziemy chciały dodać do kolorów pazura, z łatwością wykonamy to przy pomocy tych ciemniejszych już cieni. 

Cienie mamy tutaj w zestawie następujące:
1. Stark Naked – mat, subtelny różowy beż,
2. Au naturel – połyskujący, lekko różowy beż,
3. Skinny Dip – połyskujący, złoty beż,
4. Shy Away – połyskujący, przydymiony brąz,
5. Lody Godiva – połyskujący, głębokie złoto,
6. Birthday Suit – mat, szary brąz,
7. Exhibitionist – mat, oliwkowy brąz,
8. Exposed – półmat, ciemny grafit.


Znajdziemy tutaj oczywiście same naturalne składniki pielęgnacyjne, takie, jak:
- ekstrakt z mikołajka nadmorskiego,
- olej z granatu,
- olej manuka i olej jojoba.


Wszystko to zostało skomponowane po to, aby  chronić naszą delikatną skórę wokół oczu, jednocześnie ją nawilżając i wygładzając.
Taki zestaw to moje "must have". Cieszę się, że mam akurat tą kasetkę . Podoba mi się jeszcze jedna, więc znając siebie i ją "wciągnę" do swojej kolekcji.

Ostatnią pozycją, na którą się skusiłam to już taki odmieniec spośród przedstawionej wyżej trójki. Nie jest to nic do makijażu, aczkolwiek można to wykorzystać jako baza pod makijaż.

Mowa oczywiście o naturalnym kremie do twarzy na dzień Hydrate Day Cream.


Jeżeli chodzi o tego typu kosmetyki to jestem wymagająca ,e względu na dość problematyczną cerę. I zauważyłam, że wszystkie naturalne produkty najlepiej na mnie działają, dlatego takie właśnie kupuję.

Sam krem wizualnie prezentuje się bardzo elegancko. Białe, kartonowe opakowanie skrywa w sobie smukłą, skromną buteleczkę.


Dzięki pompce zawartość 50 ml bardzo wygodnie można aplikować, co zaliczam na plus.  Lubię tego typu rozwiązania.


Jest to nawilżający krem przeznaczony na dzień do cery normalnej.

Dobrze wiecie, że mnie najbardziej interesuje to, co jest w środku, czyli składniki, które tworzą całość. I tutaj nie mam się czego czepić.
Są one pochodzenia ekologicznego, więc akurat ten krem idealnie sprawdzi sie dla Wegan.

Znajdziemy tutaj odżywcze olejki, intensywnie działające antyoksydanty oraz komórki macierzyste mikołajka nadmorskiego. Mają one wspierać odnowę cery, dzięki czemu jest ona promienna i jędrna.  Zaś olejek jojoba,  olejek eteryczny z kwiatów geranium oraz witamina E zapewniają ochronę antyoksydacyjną.

Formuła tego kremu jest bardzo lekka, szybko się wchłania i tak, jak na początku wspominałam, sprawdzi się jako baza pod makijaż. Jednak osobiście tej wersji nie próbowałam, ponieważ mam specjalną bazę do skóry suchej i jej trzymam się z reguły na co dzień. Zapach? Tutaj jestem zaskoczona, ponieważ zazwyczaj te naturalne kosmetyki nosa zbytnio nie urzekają. Bywa, że wręcz odrzucają (posiadam takie kremy, które "pachną" jak tran, typowo rybi). Ten bohater uwaga - pachnie. I to bardzo przyjemnie, orzeźwiająco. Wyczuwalne są tutaj kwiaty.

Jakie są jego zalety?
- szybka i higieniczna aplikacja,
- błyskawiczna chłonność,
- odpowiednie nawilżenie,
- ochrona przed czynnikami zewnętrznymi,
- wygładzenie i odmłodzenie skóry,
- działanie przeciwzapalne,
- brak podrażnień.

Jeżeli chcecie mieć odpowiedni kosmetyk do skóry twarzy, którego skutkiem stosowania jest miękka, przyjemna w dotyku cera, bez przebarwień to polecam Wam ten właśnie Hydrate Day Cream.  Pompka dozuje odpowiednią ilość, także jak dla mnie jest on bardzo wydajny.

Mam nadzieję, że chociaż odrobinkę Was zainteresowałam. Całą ofertę znajdziecie na stronie Costasy.


Jeżeli macie wątpliwości to jest również inna opcja wypróbowania kosmetyków. A mianowicie możecie sobie zamówić próbki kosmetyków Lily Lolo. Uważam, że to świetna okazja do przetestowania przed zakupem pełnowymiarowych produktów.

piątek, 28 grudnia 2018

Miodowy s.o.s na zimę od Oriflame (Love Nature Nourish & Protect Beeswax & Almond Oil)

Miodowy s.o.s na zimę od Oriflame (Love Nature Nourish & Protect Beeswax & Almond Oil)

Hej hej. Ostatni mój wpis na blogu miał miejsce 6 grudnia. Fiu, fiu... Dawno to było. Większość z Was wie, że pracuje, a do tego grudzień jest takim dość mocno zabieganym miesiącem, ponieważ m.in. szykowaliśmy się do Świąt Bożego Narodzenia.

Na szczęście sprzątanie, gotowanie itd. już za nami. Jedyne, czego mi jak zwykle zabrakło to ten... biały, piękny, śnieżny klimat, który byłby dopełnieniem całej tej magii świątecznej.

No ale na to nie mamy już wpływu. I wcale się nie zdziwię, jak śnieg zacznie padać w kwietniu.

Tymczasem po raz kolejny sięgnęłam po katalog Oriflame. Zaczynam się do oferty tej firmy coraz bardziej przekonywać nie tylko w kwestii zapachów (mam tu na myśli perfumy), ale również innych kosmetyków. Wcześniej niestety wszelkie kremy omijałam szerokim łukiem, ponieważ mnie uczulały.

Ale postanowiłam się nie poddawać i zamówić sobie pewien zestaw. Jest to krem do twarzy i rąk z serii Love Nature.

Skusił mnie nie tylko wizualny wygląd, ale pszczeli wosk, który w połączeniu z olejkiem migdałowym (za którym jak wiecie w kosmetykach nie przepadam), daje bardzo ładny, na moje szczęście, nieprzesadzony zapach.

Love Nature Face Cold Cream Beeswax & Almond Oil to ochronny krem do twarzy, przeznaczony dla skóry suchej oraz odwodnionej. Na szczęście stosować go mogą także osoby o typowej, normalnej cerze.

 Przybywa on do nas w skromnej tubce. Ja posiadam akurat tą w ilości 50 ml (jest jeszcze podobno opcja 100 ml).

Motywy przewodni - rzecz jasna - plaster miodu i migdał, który od razu rzuca się w oko na opakowaniu. 

Sam krem jest dość bogaty (co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło), dlatego jego charakterystyczną cechą są  przede wszystkim właściwości nawilżające. I nie mam tu na myśli tego, że jest on gęsty. Otóż nie, wręcz lekki, kremowy, bardzo przyjemny i szybko wchłaniający się. Poprzez swoją treściwą konsystencję nie tylko natłuści nam twarz, ale stworzy tym samym świetną barierę ochronną na zimę (bez tłustego filmu). 
W zamian nasza skóra stanie się miękka, pięknie pachnąca i w pełni gotowa do wyjścia na chłodne dni. 

Jeżeli zaś chodzi o krem do rąk, to w tym przypadku mamy również tubkę, ale już w ilości 75 ml.


Stworzony jest do pielęgnacji głównie suchych, szorstkich dłoni. Ma je chronić przed niekorzystnymi czynnikami zewnętrznymi, takimi jak zimno. Posiada te same składniki aktywne, czyli olejek migdałowy i wosk pszczeli, których najważniejszym zadaniem jest głębokie nawilżenie, skutkujące odpowiednią pielęgnacją. Jego chłonność jest również bardzo szybka, więc nie martwmy się, że będzie to trwało wieki. Ja jestem bardzo zadowolona.

Jestem zadowolona z tego duetu.  Są to dwa produkty, które w moim przypadku, przy ujemnych temperaturach ratują moją skórę zarówno twarzy, jak i dłoni. Mogłaby firma dodać do tej serii jeszcze balsam do ciała i byłabym w niebie.


Jeżeli czujecie się skuszeni, proponuję przeglądnać katalog. Ja znalazłam swoją konsultantkę, jest nią Pani Agnieszka Kowal, która posiada szeroką wiedzę w kwestii doboru kosmetyków i zawsze służy dobrą radą. Myślę, że jeszcze nie raz skorzystam z jej porad i powrócę do Was z kolejnymi propozycjami firmy Oriflame.

sobota, 8 grudnia 2018

efekt przypominający hybrydy z Solar Gel + Solar Gel Top Coat - Reverscosmetics

efekt przypominający hybrydy z Solar Gel + Solar Gel Top Coat - Reverscosmetics

Firma Reverscosmetics co rusz wprowadza do swojej oferty fajne nowości kosmetyczne,niekoniecznie dotyczące tylko kolorówki (jak mi się początkowo wydawało), więc nie "szufladkuję" się tylko w jednej kategorii. Mi taka opcja jak najbardziej odpowiada. Kosmetyki nie tylko kosztują "miliony", są wręcz w przystępnych cenach, więc warto dać im szansę.

Nie zaprzeczycie, że większość z nas, kobiet, pilnuje tego, aby mieć zadbane dłonie. Odpowiednie ich nawilżenie, zadbane skórki i przepiękne, długie, błyszczące paznokcie przykuwają uwagę. Rzuca się to w oczy dosłownie codziennie i to już od samego rana, witając się chociażby w klatce schodowej z Henrykiem i Reginą - tymi z parteru po prawej, czy też w pobliskim sklepiku, nie mówiąc już o pracy. 

Każda z nas marzy o tym, aby nasze pomalowane już pazurki trzymały się jak najdłużej. Oczywiście rozwiązaniem na to są już popularne hybrydy. Jednak nie każdego na nie stać, zaś do ich wykonania w domu potrzebujemy nie tylko odpowiedni do tego sprzęt (lampę), lakiery, bazy, topy itd. ..., ale również umiejętności, motywację, a czasem nawet determinację, bo co, jak nie wyjdzie? Próbujesz kolejny raz, czy się poddajesz w tym temacie?

A gdyby tak zwykłe, tradycyjne lakiery do paznokci zamienić na takie, dające efekt hybrydy? 


I tu przedstawiam Wam Solar Gel od Reverscosmetics. Jest to lakier, który łączy ze sobą cechy zarówno tradycyjnych lakierów, jak i tych hybrydowych. Utwardzany jest pod wpływem naturalnego, słonecznego światła, stąd lampy LED/UV są nam tutaj zbędne.

Ja zdecydowałam się na dwa kolory.

Pierwszy to mojito summer nr 20. 
Jest to modny w tym sezonie, miętowy odcień, z którym bardzo się polubiłam.


Zaś drugi to dry wine nr 11, czyli głębokie, piękne bordo. Chociaż na zdjęciach prezentuje się jak czerwień, ale doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że to kwestia zdjęć.


Jaka jest zatem moja opinia na temat tych dwóch lakierów? 





Początkowo ich konsystencja wydawała mi się zbyt gęsta, a do tego ten zbyt krótki i do tego dziwnie ścięty pędzelek. Według producenta jest on właśnie unikalny, gdyż ma dawać efekt tzw. 3D, dzięki czemu mamy uniknąć smug i nierówności.
Suma sumarum fajnie się z nimi pracuje. Kwestia wprawy i przyzwyczajenia.
Lakier dobrze się nakłada. Jednak polecam stosować dwie cienkie warstwy - w zupełności wystarczają, równomiernie się pokrywają i nie "wałkują". Grubszymi zalejemy sobie skórki. I mała uwaga - nie malujmy nimi w upały, w słońcu, ponieważ błyskawicznie wtedy stygną.

Aby uzyskać ten błyszczący, hybrydowy efekt, tuż po wyschnięciu lakieru Solar Gel warto pokryć go Solar Gel Top Coat.


Generalnie lakiery testowałam w ekstremalnych warunkach, przy chociażby grabieniu liści, myciu samochodu, nie mówiąc już o codziennych obowiązkach. Dodam tylko, że podczas domowych "wyczynów" i ogarniania całej chałupy nie zakładam rękawiczek i innych cudów, leci zazwyczaj spontan. Lakiery w tej sytuacji utrzymały się u mnie 4 dni. Więc szczerze mówiąc jestem pod wrażeniem, ponieważ zwykłe, tradycyjne potrafią już na drugi dzień odpryskiwać.

Minusem w tej recenzji jest fakt, że nie zaprezentuję Wam ich tym razem na moich paznokciach. Żałuję, że nie sfotografowałam ich w mojej dobrej passie, kiedy były pomalowane i świetnie się prezentowały. Nie sądziłam, że ich stan się tak bardzo pogorszy. W tej chwili pękają mi dosłownie w połowie pazura, zwłaszcza na kciukach, przez co zahaczam tym samym o swetry. Muszę naklejać na nie plaster (w przeciwnym razie zaciągam każdy sweter), co mi przypomina Michaela Jacksona, który każdy swój palec miał tak oklejony 😀 Nie mogę tego ani spiłować, ani odciąć, ponieważ powstanie rana. Potrzebuję czasu, aby to doprowadzić do odpowiedniego stanu. Próbowałam je pomalować, ale w miejscu pęknięcia dostaję się powietrze, robią się fale i niekoniecznie dobrze się to prezentuje, więc wybaczcie, że dzisiaj efektu końcowego nie ujrzycie.

Jednak z pewnością lakiery trzymają się znacznie dłużej, niż te tradycyjne. Myślę, że warto je wypróbować. Top coat daje efekt błyszczącej tafli jak w hybrydach.


Copyright © 2016 Ewuczka recenzuje , Blogger