sobota, 27 października 2018

Ideal Cover Long Lasting Makeup 16h - korygujący podkład Reverscosmetics

 Ideal Cover Long Lasting Makeup 16h - korygujący podkład Reverscosmetics

Ogólnie w kwestii makijażu twarzy jestem zwolennikiem minerałów, ale na ich aplikację trzeba poświecić więcej czasu, na co rano wstając do pracy nie zawsze go zbyt wystarczająco posiadam. Dlatego drugim moim rozwiązaniem jest użycie podkładu

W tej kwestii jestem trochę kapryśna. Wynika to przede wszystkim z tego, że moja twarz robi mi straszne opory w temacie doboru tego typu kosmetyków. Nawet nie chce liczyć, ile pieniędzy poszło mi do śmieci.

Zdążyliście już zauważyć, że na blogu pojawiają się serie wpisów, dotyczące m.in. nowości firmy Reverscosmetics

A kolejna z nich jest właśnie Ideal Cover Long Lasting Makeup 16h, czyli nic innego, jak korygujący fluid.


Jego zadaniem jest krycie wszelkich niedoskonałości skóry, także blizn potrądzikowych, znamion, przebarwień oraz widocznych naczynek i rozszerzonych porów. Ponadto posiada filtr ochronny SPF.

Do dyspozycji mamy 4 odcienie:

Ja zdecydowałam się na nr 6. Miałam dylemat między piątką, a szóstką. Piątka byłaby dla mnie najlepsza latem, gdyż twarz miałam dość mocno opaloną, więc ciemniejszy by się u mnie nie sprawdził. Efekt byłby nienaturalny. W tej chwili, na jesień, 6-tka w moim przypadku świetnie się sprawdza.


Buteleczka jest elegancka, smukła i ładnie się prezentuje.
Wyposażona jest oczywiście w pompkę, co na pierwszy rzut oka mi się od razu spodobało.


Wystarczy raz przycisnąć i pokrywamy podkładem całą twarz (jak dla mnie jedna pompka to odpowiednia ilość). Zapach? Niestety tutaj muszę dać minusik, ponieważ pachnie jak babcine kremiki, ale da się z tym żyć. Na szczęście mam puder, który nakładam tuż po, a ten zaś kryje ten przytłaczający zapach. Konsystencja to sztos. Raz, że jest gęsta, co jak wyżej pisałam świadczy o wydajności tego kosmetyku, a dwa - bardzo gładka, lekka i kremowa. Myślę, że jest to "to coś" w tym podkładzie, co warto wypróbować na własnej skórze. Bardzo fajnie rozprowadza się po twarzy, odpowiednio szybko wchłania, stapia z kolorem skóry i kryje niedoskonałości.  Nie wiem, jak to jest w przypadku przebarwień, gdyż póki co ich nie mam, ale lada moment przez niskie temperatury bardzo szybko się one u mnie pojawią, więc będzie okazja na kolejne testy w tym temacie.

Efekt, jaki otrzymujemy, to naturalnie wygładzona buzia, bez podkreślenia skórek i załamań. Ja nosiłam się z nim ponad 10 godzin i wszystko się fajnie utrzymało. I najważniejsze, czego tu przy mojej suchej skórze się obawiałam: mat nie wysusza. Chociaż podkład przeznaczony jest dla normalnej, tłustej, czy też mieszanej. Nie wydzielam tyle sebum, żeby sprawiał mi jakikolwiek kłopot.

Macie swoje sprawdzone podkłady? Podzielcie się swoją opinią. 

niedziela, 21 października 2018

Jerzy Andrzejczak - "Spowiedź polskiego Kata"

Jerzy Andrzejczak - "Spowiedź polskiego Kata"

Pasją do czytania książek zaraziła mnie moja mama. Kiedy tak obie siedziałyśmy z kubkiem herbaty "wciągnięte" w treść, mój tato był wtedy przeszcześliwy i do woli mógł sobie "skakać" po kanałach w telewizji. Nawet słynny wówczas "Zbuntowany Anioł" szedł w odstawkę. Na szczęście można było oglądnąć powtórki, więc akurat w tej kwestii nie miałyśmy zmartwień. Z drugiej jednak strony mój ukochany tata interesował się przeróżnymi filmami dokumentalnymi, obrazującymi prawdziwe realia życia codziennego w niekoniecznie pozytywnej jego odsłonie. Co mam na myśli? A chociażby te programy, przedstawiające np. najcięższe więzienia na świecie i tym podobna tematyka. 


Dzisiejszy mój wpis dotyczyć będzie czegoś podobnego, ale w papierowym wydaniu. Już sam tytuł od razu przykuł moją uwagę na tyle, że musiałam przeżyć to, co autor chciał przekazać. Mowa o Jerzym Andrzejczaku, który przedstawia nam, czytelnikom, "Spowiedź polskiego Kata". Osoby, której zadaniem jest przede wszystkim wykonywanie wyroków, skazujących głównie na karę śmierci.


Przenosimy się w czasie poznając nie tylko osobowość głównego bohatera - ostatniego Kata w Polsce, ale także jego skazańców oraz metody kar śmierci. Kat był tzw. ręką sprawiedliwości.

Patrząc na książkę zastanawiałam się, czy dźwignę jej treść. Nie ma co ukrywać, że tego typu osoby nie cieszą się zbyt dobrą opinią. Jesteście ciekawi mojej opinii?


Przypomnę Wam tylko, że nasze polskie prawo karę śmierci przewidywało do 1989 roku. Po ogłoszeniu Ustawy Amnestyjnej karę tą orzeczono na 25 lat pozbawienia wolności. Całkowite wyeliminowanie tego czynu przyszło dopiero po kilkunastu latach, a mianowicie w 2013 roku. 

Autor podczas rozmów z katem starał się go nakłonić do szczerych wyznań. Chciał na tyle wniknąć w głąb jego duszy i psychiki, aby dowiedzieć się, jak wykonywał swoją pracę, na czym ona polegała i przybliżyć jej okoliczności. Zwłaszcza, że swój zawód wykonywał przez grube 13 lat! Na imię ma Edward. W tym czasie wykonał ponad 80 egzekucji. "Czy kat miał wyrzuty sumienia? Czy czuł wstręt do samego siebie? Jak układało się jego życie rodzinne?" Nie mówiąc już o tym, że bohater książki zaczął sięgać po alkohol. Dlaczego? Nałóg zapewniał mu pozory spokoju. Nie wierzył, że może się oczyścić i żyć w zgodzie z samym sobą.  

Jerzy Andrzejczak wspomina również o osobach, które zostały "uratowane" przed ostatnią egzekucją, a są to m.in.:
- Mariusz Trynkiewicz - nauczyciel, który zamrodował czworo dzieci, chłopców,
- Leszek Pękalski - tzw. potwór z Bytowa, który oficjalnie przyznał się aż do 60-ciu zbrodni,
- Henryk Rytka (sławny warszawski Łomiarz), oskarżony o ponad 29 napadów na samotne koniety,
- Henryk Moruś - siedmiokrotny morderca z Sulejowa...
- Jan K. - bezczelnie zamordował swoją żonę i poćwiartował ciało piłą do cięcia metalu i wyrzucił do kanalizacji...

"Czy swoje białe rękawiczki, w których pan zabijał, wrzucił pan do trumny na piersi ofiary? - namawiam na zdradzenie sekretów egzekucji. Tak - pada potwierdzenie. To napisana tradycja... " 

Podobno największy ból i cierpienie skazaniec przeyżywa w momencie oczekiwania w celi śmierci na egzekucję. Niektórzy, żeby nie zawisnąć na szubienicy byliby gotowi wprowadzić sobie w żyłę wirusa HIV. Dlaczego? "Wolę żyć z uciekającym życiem, niż terminową śmiercią".

Ciężko jest opisać emocje czytając treść tej książki. Czasami miałam dość i chciałam ją odłożyć, jednak ciekawość mi na to nie pozwoliła. Osoba zadająca katowi pytania była czasem wręcz aż nachalna. Ale to była ta "karta przetargowa". Chciał od niego wyciągnąć każdy istotny szczegół. Kat był skromny, tzw. trudny rozmówca, ale jak już się w temacie otworzył i odpowiadał, z takim stoickim spokojem, to szło mi w pięty. Aż nie do uwierzenia. Dla niego to normalne, banalne zadanie. Jak zresztą każde, które wykonywał. Tak, jak dla Pani Kazi, która sprzedaje w pobliskim sklepie bułki. Ja zaś miałabym ogromne wyrzuty sumienia i ciężko byłoby mi to w głowie poukładać... Spowiedź była szczera, aż do bólu.

Szczerze mówiąć cięzko było mi się postawić po stronie Edwarda - Kata, dla którego to była przecież "tylko praca":
"Widok człowieka, który za chwilę przestanie żyć, nie sprawiał mi przyjemności, o co niektórzy mogliby mnie posądzać. Nie miałem jednak oporów przed wykonywaniem wyroków. Myślałem o tej osobie, jako o kimś, kto nie powinien chodzić po ziemi. [...] Zawsze prosiłem Boga o szybką śmierć dla moich ofiar. Jedni umierali w ciągu kilku sekund, a inni męczyli się czasem kilka minut".

Opisywane w książce emocje towarzyszące mu podczas wykonywania wyroków aż zapierały dech w piersiach. Wczucie się w całą tą sytuację nie jest proste. Lektura ta jest dla osób o stalowych nerwach. Mocna, daje dużo do myślenia.

Nie będę ukrywać, że praca kata i wykonywane przez niego wyroki na skazańcach niosą ze sobą lawinę i pozytywnych i negatywnych opinii. Jednak obserwując to, co dzieje się w tej chwili, w XXI wieku, przypuszczam, że liczby te znacznie by wzrosły. Przeraża mnie to.


Dlatego zastanawiam się, jakie jest Wasze zdanie: gdyby w polskim prawie nadal była możliwość wykonywania wyroków śmierci, to bylibyście za, czy przeciwko?

niedziela, 14 października 2018

Damskie zapachy Lazell

Damskie zapachy Lazell

Perfumy to moja codzienność. Lubie otaczać się pięknymi zapachami. Kupuję zarówno oryginały, jak i zamienniki. Flakoników w łazience stoi sporo. I co chwilę zaopatruje się w nowe. Każdy w rodzinie mi mówi, że w tej kwestii jestem już uzależniona. Co ja poradzę na to, że nie lubię monotonii...

Tym razem postanowiłam wypróbować perfumy przeznaczone dla płci pięknej, czyli damskiej, firmy lazell.pl.  Zdaję sobie sprawę z tego, że nie będziecie w stanie ich powąchać, ale może pobudzę troszkę Waszą wyobraźnię.


Spośród posiadanych przeze mnie trzech zapachów, pierwszy, który Wam przedstawię, to Lazell Sandra Sport.


Według opisu na stronie producenta jest to propozycja dla kobiet chcących zapachem podkreślić swoją atrakcyjność i pewność siebie. No i po części taki efekt jest.


Główne nuty to:
1. nuty głowy – imbir, mandarynka, japoński kwiat wiśni,
2. nuty serca – porzeczki, frezja, piwonia,
3. nuty bazy – drzewo sandałowe, brzoskwinia.


Jest to połączenie słodkich esencji owocowo-kwiatowych osadzonych na bazie drzewa sandałowego. Podobno idealne na wspólny wieczór we dwoje, jednak jak dla mnie perfekcyjnie sprawdzą się na codzień. I to mój nr 1. Dodają świeżości i nie są "cukierkowe", przesłodzone tą słodkością. Bałam się tego imbiru. Ale połączenie piwonii, frezji, japońskiego kwiata wiśni uspokaja zapach. I to jest to!


Na drugim miejscu jest zapach inspirowany Gucci Bamboo, czyli Lazell Balmi.


Jest on lekki i orzeźwiający, aczkolwiek spotkałam się też z opiniami, że jest słodki. Dominują tu łagodne, kwiatowe nuty zapachowe. Znajdziemy tutaj lilię, kwiat pomarańczy, bergamotkę, czy też drzewo sandałowe. Jest również odrobina wanilii, ale na szczęście mało wyczuwalna.


I na trzecim miejscu zakwalifikował się Lazell Capree Sex City - odpowiednik Escada Sexy Graffiti.


Główne nuty:
1. nuta głowy – malina, truskawka,
2. nuta serca – fiołek, konwalia, piwonia,
3. nuta bazy  – kaszmir, wanilia.


Jest to owocowo-kwiatowa kompozycja, jednak jak dla mnie te owoce za bardzo dominują. Mam tu na myśli malinę i truskawkę, chociaż piwonia wtapia się w całość i daje lżejszy efekt.

Uważam, że jak na zamienniki świetnie się utrzymują i są w bardzo fajnych cenach. A znajdziecie je chociażby w drogerii Rossmann.

Lubicie zamienniki, czy stawiacie bardziej na oryginalne, droższe perfumy?

niedziela, 7 października 2018

Limitowana, wakacyjna kolorówka z Biedronki - Bell Desert Rose

Limitowana, wakacyjna kolorówka z Biedronki - Bell Desert Rose

1 sierpnia w sklepach Biedronka pojawiła się limitowana kolekcja kosmetyków marki Bell pod nazwą "Desert Rose". Dostępna była przez dwa miesiące, czyli do końca września. Także kobietki, które się w tą serię zaopatrzyły, mogły sobie latem zaszaleć fajnym makijażem.


Również i ja zostałam tą szczęśliwą posiadaczką. I wykorzystałam m.in. dwie pozycje z całego zestawu do wykonania makijażu na wesele naszych znajomych, które odbyło się w upalny, sierpniowy dzień. 

I tu hitem jak dla mnie okazał się wielokolorowy rozświetlacz do twarzy BELL HIGHLIGHTER POWDER


Piękny, kwiatowy wzór oferuje nam 5 różnych odcieni, które możemy wykorzystać osobno, bądź razem, dopasowując ton do naszej karnacji.


Dzięki temu uzyskujemy ciepły, lub chłodny efekt. Dzięki kremowej formule nic nam się nie osypuje. Pigmentacja jest bardzo delikatna. Dla mnie na plus, ponieważ nie lubię "błyszczeć". Ale... ja, jak to ja - postanowiłam go wykorzystać nieco inaczej, a mianowicie nie tylko rozświetlić chociażby kości policzkowe, ale rozjaśnić sobie kąciki oczu. I wyszło mi to bardzo fajnie. 

Na drugim miejscu gości wielokolorowy puder brązujący do twarzy.


Jest to również mozaika 5-ciu różnych kolorów, które przedstawiają kwiecisty wzór.


Początkowo obawiałam się tych kolorów i myślałam, że po aplikacji będzie zbyt "pomarańczowo". Jednak delikatnie muśnięty (mi do gustu przypadły oodcienie po lewej stronie) stapia się z naszą cerą i nadaje jej naturalny, wyrazisty efekt. Latem rzadko po niego sięgałam. Ale teraz zacznę się z nim częściej "przyjaźnić". 

Bardzo ciekawiła mnie w tej serii konturówka do oczu - BELL SMOKY KAJAL.


Są to dość grube kredki w stożkowej formie dostępne w dwóch kolorach: czarnym i szarym.


Są bardzo miękkie, dzięki czemu wygodnie się je na oko aplikuje. Pigmentacja jest nawet w porządku. Jednak w moim przypadku z trwałością już tak dobrze nie jest, ponieważ się rozmazuje i kreskę trzeba było poprawiać. Na większe wyjścia u mnie się nie sprawdziło. Zastanawiam się tylko co będzie, gdy już "stożek" się zużyje i pozostanie tylko ta gruba część...

Jeżeli masz potrzebę wystylizować brwi, Bell oferuje Ci dugotrwały krem do ich stylizacji - BELL STAY ON BROW.


Krem daje nam możliwość podkreślenia włosków oraz uzupełnić ich braki. Kremowa, miękka konsystencja ułatwia stylizację.


Wystarczy nałożyć pędzelkiem naprawdę małą  jego ilość i cieszyć się efektem. Ja akurat na codzień nie potrzebuję poprawiać brwi (jak widzicie na zdjęciu pomady są nienaruszone), ale jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, to chętnie sięgnę po Bell Stay On Brow.

Jeżeli chodzi o usta, to do dyspozycji stoją nam również 3 matowe pomadki w płynie BELL MAT LIQUID LIPS.


Jestem trochę zaskoczona kolorami, ponieważ jak na lato przystało są one dość ciemne i bardziej pasują mi na obecną jesień. No ale to tylko moje skromne zdanie.


Generalnie za matem na ustach nie przepadam, ponieważ nie lubie efektu wysuszenia. Ale te pomadki to coś zupełnie innego. Owszem, mat po chwili jest, ale nie czuje tego ściągnięcia jak przy typowych tego typu kosmetykach.


Suchości na szczęście nie czuję, więc jestem zadowolona. Z tego trio moim ulubieńcem jest oczywiście nudziak, którego używam na codzień.


Ostatnią perełką w tej wakacyjnej serii to połyskujący coat do ust (Shine Lips Top Coat) w trzech odcieniach.


I tu się lekko zmyliłam, ale nie bez powodu, ponieważ ten top coat możemy używać solo, w formie błyszczyka do ust, chociaż dość szybko zastyga, bądź nałożyć na pomadkę.


W ten sposób podkreślimy sobie kolor pomadki, a drobinki niczym leciutki brokacik (na szczęście nieprzesadne) dodadzą fajnego błysku. Oczywiście się "zjada", tego nie unikniemy, ale odbywa się to równomiernie.

Szkoda, że to limitowana edycja, ponieważ wiele z Was na pewno by się na coś z tej serii skusiło. Ja ogólnie bardzo się cieszę, że mi te kosmetyki przypadły do gustu. Nie leżą, nie kurzą się, więc brawo dla firmy Bell za te nowości!
Copyright © 2016 Ewuczka recenzuje , Blogger