sobota, 21 września 2019

NIVEA MicellAIR® - micelarny płyn do cery suchej - bez spłukiwania, bez pocierania

NIVEA MicellAIR® - micelarny płyn do cery suchej - bez spłukiwania, bez pocierania

Skończył mi się płyn micelarny, więc wsiadłam w samochód i wyruszyłam na “łowy”. Zaszłam sobie do pewnej drogerii, stanęłam przed półką sklepową i ku mojemu zdziwieniu dość długo się nie zastanawiając sięgnęłam po buteleczkę z przezroczystym płynem. Spojrzałam tylko szybko jakiej cerze jest dedykowany i do kasy…


Tym kosmetykiem okazał się MicellAIR® Skin Breath - płyn micelarny do cery suchej zawierający formułę 3w1 z naturalnym olejkiem migdałowym.


Jego zadanie jest oczywiste: ma efektywnie usunąć makijaż, a także oczyścić i nawilżyć skórę.


Skromność opakowania jest tutaj zaletą. Nie ma przesadnych informacji, czy grafik. Wszystkie te istotne przeczytamy na małej etykietce. Buteleczka jak widzicie jest przezroczysta, dzięki czemu możemy kontrolować zużycie bezbarwnego płynu. Jedyne, co się w oczy rzuca to biało-malinowa zakrętka otwierana na klik.


Do wykorzystania mamy całe 400 ml. Dla mnie jest to odpowiednia ilość, ponieważ tego typu płyny używam codziennie. Za mleczkami do demakijażu nie przepadam, tak więc dla mnie nie mieć płynu na półce w łazience to prawie jak koniec świata.

Już na starcie daje ogromny plus za brak w składzie alkoholu i kompozycji zapachowych. Owszem, lubię, kiedy kosmetyki pachną, ale w przypadku tych do demakijażu staram się takowych unikać, ponieważ podrażniają oczy i powodują łzawienie. Tutaj nic takiego się nie dzieje. Już niewielka ilość na waciku kosmetycznym skutecznie zmywa makijaż (oczy, usta, twarz). I nie trzeba nie wiem jak mocno trzeć, np. tusz (mowa o tradycyjnym, ponieważ wodoodpornych nie używam) sam się rozpuszcza. Wystarczy przytrzymać wacik na kilkanaście sekund.  Tym samym oszczędzamy też nasze rzęsy, których nie stracimy, a wręcz zyskamy, ponieważ nie wypadają.


Czy wysusza skórę? Tutaj też się bardzo pozytywnie zaskoczyłam. Nie ma oczywiście efektu „wow” jak to zwykle bywa po wysmarowaniu twarzy kremem, ale nie czuje ściągnięcia. Wyczytałam, że płyn ten zawiera olejek migdałowy (całe szczęście dla mnie niewyczuwalny) i pewnie to on powoduje to delikatne nawilżenie.

W ten oto sposób, szybko i bezboleśnie mamy skórę przygotowaną na kolejne kroki w pielęgnacji. Skóra jest miękka, czysta, bez tłustego filmu, niezapchana – dla mnie super. Skutecznie i szybko zmywa cały makijaż.  Przemawia do mnie również to leciutkie nawilżenie. Bardzo dużo tego typu płynów do tej pory właśnie wysuszało mi skórę. Przyzwyczaiłam się już do tego, ale łudziłam się, że znajdę na rynku taki, który w 100% spełni moje oczekiwania. Równie dobrze mogłabym sięgnąć po micele dwufazowe, ale w połączeniu z olejkiem jest mi zbyt tłusto. No nie dogodzisz… Wersja z Nivea Skin Breath do mnie w tej sytuacji teraz najbardziej przemawia. Poza tym płynu nie trzeba też spłukiwać. 

Nie wiem, na jak długo mi taka pojemność wystarczy, ponieważ jest to moja pierwsza buteleczka. Używam od 2 tygodni, więc jak dla mnie jest on wydajny. Na 100% wiem, że nie będzie to moja ostatnia przygoda z tym właśnie płynem. W dalszym ciągu kosmetyki Nivea cieszą się w moim domu dobrą opinią, o czym po raz kolejny mogłam się teraz przekonać.


A jakie Wy stosujecie metody demakijażu? wolicie mleczko, czy płyny micelarne? 

"Ważąc kroki, idziesz wolniej. Ważąc słowa, kroczysz bezpiecznie" - Alicja Masłowska-Burnos "Cisza"

"Ważąc kroki, idziesz wolniej. Ważąc słowa, kroczysz bezpiecznie" - Alicja Masłowska-Burnos "Cisza"

Tak, jak obiecałam, na blogu pojawi się troszkę więcej recenzji dotyczących różnych gatunków literackich. Przestawiam się chyba już na tą jesienną porę, kiedy to wieczorkiem w ruch idzie kocyk, herbatka i lektura.

Tym razem czas wolny poświęciłam na książkę pt. "Cisza". Autorką jest Alicja Masłowska-Burnos. 

Zainteresowanych zapraszam na wpis.


Opisana historia ma ponad 700 stron i jest podzielona na trzy części:
- Nie wchodź w moją ciszę,
- Odprowadzam ciszę,
- Osobliwość ciszy.


Każda z części ma swoje przesłanie, a tytułowa „Cisza” jest tu kluczowym elementem.

Główną bohaterką jest Maja Karewicz. 32-latka od 7 lat pracuje w Opolskim szpitalu jako kierownik działu sprzedaży i promocji. Jest ceniona i bardzo lubiana, jednak od jakiegoś czasu dochodzi do wniosku, że „zasiedziała się” w jednym miejscu i musi zmienić otoczenie. Odwieczna perfekcjonistka szuka nowych wyzwań zawodowych, dlatego też cieszy się z  przeprowadzki do Wrocławia. Tam otrzymała ona stanowisko w dużej firmie „Medical”. Jednak już od początku rozpoczęcia pracy na nowym miejscu dzieją się dziwne rzeczy. Nowy prezes Lenkiewicz (poprzedni zostaje aresztowany pod zarzutem sporych przekrętów), inne stanowisko i umowa o pracę za większe pieniądze wzbudzają w kobiecie spore wątpliwości. Pomimo wszystko decyduje się na podpisanie kontraktu i rozpoczyna pracę.
Któregoś dnia śpiesząc się zarysowuje przez przypadek auto przystojnego biznesmena Adama i od tamtej pory wie, że trafiła w jego sidła. Singielka, która dotychczas stroniła się od związków i uczuć poddaje się i zakochuje bez pamięci w przystojniaku. Będąc perfekcjonistką w pracy próbuje ogarnąć swoje obowiązki służbowe i także poświęcić czas ukochanemu. Niestety nie jest to takie łatwe. Tempo, które zostało jej narzucone pochłania bez reszty, a dążenie do perfekcjonizmu zaciera granice między tym, co jest, a co być powinno. Maja piszę kompletny audyt, w którym ma przedstawić liczbę potrzebnych etatów, wykorzystanie metrażu, szkolenia dla pracowników i co najważniejsze sprzęt, jakiego będzie potrzebować nowa klinika na Wrocławskich Bielanach aby rozpocząć swoją działalność.

W zawirowaniach pracy i życia prywatnego Maja zachodzi w ciąże. Przekonuje się do nowej roli i pod czujnym okiem Adama zmienia swoje nawyki. Audyt nad którym pracowała w 70 % jest poświęcony  sprzętowi potrzebnemu, do podpisania kontraktu z NFZ. Dzięki jej wiedzy i ciężkiej pracy szpital otrzymuje dofinansowanie i sprzęt na sumę ponad 10 mln. zł. Okazuje się jednak, że finalnie (jak początkowo było przedstawione) „Medical” niczego nie finansuje tylko otrzymuje rozgłos. Na dodatek najcenniejsze nabytki, czyli egzoszkielety warte mnóstwo pieniędzy zostają skradzione przez Lenkiewicza i jego bratanka ze szpitala. Na tym uczynku łapie ich Maja. W ramach zemsty zostaje zrzucona ze schodów w wyniku czego traci dziecko.

Przeciwko oszustom toczy się śledztwo, a Maja wraz z Adamem próbują się pozbierać po stracie dziecka. Kobieta dostaje pogróżki, że ma wycofać zeznania z policji inaczej tego pożałuje. Niestety horror, który przeżyli jest dopiero początkiem, a intryga w którą zostali wplątani będzie ich wciągać coraz głębiej jeszcze przez długi czas w przyszłości.

Po wielu miesiącach rehabilitacji kobieta nadal nie doszła do siebie. Czeka ją jeszcze operacja na źle zrośnięte złamanie. Ręka coraz bardziej ją boli, więc nie ma sensu dalej zwlekać z zabiegiem. Ustala termin ze znanym lekarzem w klinice prywatnej. W tym czasie interesy Adama nie idą najlepiej. Ma on duże zlecenie na budowę osiedla domków jednorodzinnych w Niemczech. Na jednej z budowli znajdują zwłoki nieznanego mężczyzny i wszystkie prace zostają wstrzymane. Wraz z ojcem jadą do Niemiec by wyjaśnić sytuacje. Tam Adam spotyka (jak gdyby przypadkiem) swoją dawną miłość Katarzynę z którą niegdyś zdradził swoją pierwszą żonę). Będąc pod wpływem omal nie traci dla niej głowę po raz kolejny. Powstrzymuje się w ostatniej chwili, co złości byłą kochankę.

W tym samym czasie Maj przenoszą termin operacji i udaje się ona do szpitala. Tam ma dziwne przeczucie, jakby przeszłość ją prześladowała. Pomimo udzielonego wywiadu przed operacją dostaje od jednej z pielęgniarek pyralginę na którą jest uczulona. Organizm kobiety dostaje szoku i gdyby nie szybka reakcja lekarza i przeprowadzona reanimacja mogłoby się skończyć źle. Maja postanawia nie oskarżać szpitala i uznaje  to zdarzenie za nieszczęśliwy wypadek.

Po powrocie do kraju Adam dowiaduje się o tym co zaszło i razem dochodzą do wniosku, że zarówno problemy na budowie, jak i zdarzenie w szpitalu nie były przypadkowe. Po przeprowadzonej obdukcji jadą do lekarza w celu rozmówienia się. Okazuje się wtedy, że pielęgniarka, która podała Mai lek została zatrudniona na prośbę jej byłego szefa z Opola Karola Nawara.

„ Miał ideały, które później zatraciły się przez chęć szybkiego zysku, układy, układziki, te mniejsze i te większe zobowiązania względem „przyjaciół”.”

Ma on dom  w Niemczech i to właśnie tam policja znajduje ściganego Lenkiewicza. Rozpoczyna się długotrwały proces przeciwko oskarżonym. Są zbierane dowody, przesłuchiwani świadkowie. Maje także próbują wciągnąć w przekręty, lecz po złożeniu w prokuraturze wyjaśnień może ona wraz z mężem wyjechać do Niemiec i czekać na proces sądowy. Tam też się pobierają w Polskim kościele nie informując nikogo z rodziny. Jest to uroczystość dla nich, więc celebrują ją w dwójkę. Sielanka jednak nie trwa długo. Po powrocie Maja dostaje zdjęcia, na których Adam całuję Kasię. Przekonana o zdradzie męża kobieta odchodzi.

„(...) jest ze mną źle. Całe moje mieszkanie przypomina mi chwilę spędzone  z mężczyzną  mojego życia. Wiem, że tak tu zgnije w samotności. Nigdy już nikogo nie pokocham, nigdy żaden mężczyzna nie będzie dla mnie tak ważny jak Adam. Ważny tak, jak nadal jest Adam i choćbym nie wiem jak długo starała się oszukiwać, to siebie samej oszukać nie potrafię. Nadal go kocham i nadal cierpię.”

Po chwilowym załamaniu musi nauczyć się żyć na nowo i próbuje sobie wszystko poukładać. Została bez pracy i środków do utrzymania. Podczas szukania pracy poznaje przypadkowo Dianę, która wraz ze swoim kolegą ze studiów Błażejem projektują ubrania i marzą o tym, by móc się w tym realizować. Maja decyduje się zainwestować wszystkie swoje oszczędności i wraz z nowo poznanymi kreatywnymi ludźmi otworzyć własny butik. Takim sposobem powstaje „Euforia”.

Przed otwarciem Maje odwiedza Katarzyna i pokazuje jej nagranie, które jest dowodem na to, że Adam był jej wierny. Dowiaduje się także, że i za tą próbą uwiedzenie  stoi Lenkiewicz. Zakochani wracają do siebie. Maja postanawia zostawić za sobą żałobę po utraconym dziecku. Po weekendzie spędzonym w Pradze okazuje się, że kobieta jest w ciąży. Zaczyna się nowy etap w ich życiu. Są szczęśliwi oczekując na córeczkę. Maja odkrywa w sobie gospodynię i z wielką przyjemnością dba o siebie i męża. Adam buduje wymarzony dla nich dom. Podczas oglądania budowy Maja zaczyna rodzić. Okazuje się, że na świat przychodzi syn. Imię dostaje po ojcu Adama – Jan. Wszyscy są szczęśliwi.

„W miłości się jednak nie da oszacować zysków i strat, kiedy tak bardzo się kocha, że samo wspomnienie o jej oddechu nie pozwala mu bez niej żyć. Nie ułoży tego uczucia w układankę ze wspomnień, nigdy.”

Nawet mama Mai wreszcie układa sobie życie i przedstawia swojego partnera Andrzeja. Wtedy jeszcze nikt nawet nie podejrzewa, jaką rolę odegra on w życiu całej rodziny i kim tak naprawdę jest szarmancki i poukładany pan Zabrocki.

W ostatnim rozdziale książki poznajemy przeszłość Mai i dowiadujemy się dlaczego jest ona tak skrytą osobą, która stroniła się od dłuższych relacji i związków. Po wypadku w którym straciła ojca zamknęła się w sobie, a mama przez prawie dwa lata bezskutecznie próbowała wyciągnąć córkę z tego stanu. Właśnie stąd wzięło się w niej wręcz chorobliwe dążenie do doskonałości i perfekcjonizmu. To waśnie w tym amoku pracy i życia w odosobnieniu nie zauważyła ona, że już od kilku lat umiejętnie i skrupulatnie wciągana była w przekręty Lenkiewicza i jego bandy, której częścią okazał się także jej były szef  Nawar i obecny partner mamy Andrzej (zwany przez sojuszników „Wojskowy”).


Sięgając po tą książkę dowiecie się jak skończyła się zagmatwana historią przekrętów. Emocje towarzyszyły mi podczas czytania nieustannie. Nie raz serce bilo mi szybciej, gdy między Adamem i Mają rodziło się uczucie, poznawali i odkrywali siebie na nowo. Przeszli przez wiele łez spowodowanych nie tylko szczęściem, lecz także wielkim bólem i żalem. Jedno jest pewne – to właśnie uczucie, które nimi niespodziewanie zawładnęło pomaga im się wspierać i trwać przy sobie pomimo wszystko i  stawiać czoło przeciwnościom losu.


Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu Psychoskok.

czwartek, 19 września 2019

Powrót do ulubionej marki Lily Lolo - podkład mineralny - Warm Peach, mineralny puder satynowy - Flawless Silk, prasowany korektor - Lemon Drop, + limitowana kosmetyczka

Powrót do ulubionej marki Lily Lolo -  podkład mineralny - Warm Peach, mineralny puder satynowy - Flawless Silk, prasowany korektor - Lemon Drop,  + limitowana kosmetyczka


Jakiś czas temu moja kosmetyczka wzbogaciła się o kolejne cudeńka Lily Lolo. Pokochałam je od pierwszego użycia, ponieważ dają fantastyczny, naturalny wygląd. Zaś w składzie jest wszystko co, co skradło moje serce.


Tym razem do kompletu dołączyły 4 pozycje:
- podkład mineralny - Warm Peach,
- prasowany korektor - Lemon Drop,
- mineralny puder satynowy - Flawless Silk,
- czarna kosmetyczka Lily Lolo.


- naturalny, mineralny podkład Warm Peach Lily Lolo - 


Zacznę może od podkładu Warm Peach, który jest jednym z najchętniej kupowanych produktów tej marki.


Mimo, że przeznaczony jest dla cery jasnej, a ja mam raczej średni koloryt, to jednak się skusiłam, aby móc aplikować właśnie teraz, latem, kiedy skóra jest fajnie opalona. Lekkie muśnięcie (mi wystarcza 1 warstwa) pod krem BB tej samej firmy daje perfekcyjny, naturalny, nieprzesadny efekt, na którym mi najczęściej zależy. Odcień jest ciepły, ale delikatny i jak dla mnie absolutnie niewidoczny, a jednak zakrywa pewne niedoskonałości na twarzy. Wprawdzie nie mam ich teraz dużo, ale ja jak to ja - zawsze się czegoś dopatrzę, co trzeba zakryć.


Nie czuje tzw. "zapchania", tej "obciążającej warstwy", która nie jest przyjemna w "noszeniu" na co dzień. Wręcz przeciwnie - skóra oddycha, a do tego podkład ten zawiera przeciwsłoneczny filtr SPF15. Może nie jest on zbyt wysoki, ale zawsze uchroni przed upałem, który nam w tej chwili towarzyszy. Do tego jest wodoodporny i to prawda: przy 35-stopniowej temperaturze nie świeciłam się, nic nie spływało, dzięki czemu czułam się komfortowo. Plusem jest również to, że jest naturalny, tak więc świadomość, że nie ma tu chemii bardzo mnie cieszy. 


- naturalny, mineralny puder Translucent Silk Lily Lolo -

Jeśli chodzi o mineralne pudry to w swoim posiadaniu do tej pory mam Translucent Silk, o perłowym połysku, który mimo swojej barwy doskonale wtapia się w kolor skóry i nie "błyszczę". 

Spośród dostępnych 3 pudrów sypkich zdecydowałam się na Flawless Silk


Chciałam troszkę ciepła do wykończenia całego makijażu. Odrobinkę nakładam zawsze na wieczko, lekko strzepuję pędzlem o brzeg i kolistymi ruchami aplikuję sobie na twarz.


Ma on taki brzoskwiniowo-różowawy odcień i myślałam, że nie podpasuje się pod kolor mojej cery i efekt będzie zbyt "cukierkowy".


Jednak fajnie współgra z podkładem, nie podbija go, więc bardzo mi się spodobał.


Niezależnie od tego, czy nakładam podkład mineralny, sypki, czy płynny innych firm. Do mojej suchej cery jest wręcz idealny. W makijażu jest taką "kropką nad i", wisienką na torcie. Po raz kolejny się nie zawiodłam.

- naturalny, prasowany korektor pod oczy Lemon Drop Lily Lolo - 


W sklepie internetowym mamy 2 prasowane, naturalne korektory pod oczy: Pistachio i Lemon Drop. Podobają mi się one przede wszystkim dlatego, że są malutkie i mają lustereczko.


 Ten pierwszy mam w swojej kolekcji i zazwyczaj używam go w okresie jesień-zima, dlatego skusiłam się na Lemon Drop.


Zielony, Pistachio, ma zakryć zaczerwienienia spowodowane np. popękanymi naczynkami, czy też po trądziku różowatym / pospolitym. Zaś Lemon Drop, jak sama nazwa wskazuje, zawiera żółty pigment, który ukrywa cienie pod oczami. Efektem jest oczywiście rozjaśnienie, dzięki czemu wyglądamy na bardziej wypoczęte.  


Któregoś dnia w tv zobaczyłam pewną prezenterkę, która miała świetny makijaż, ale moja uwaga skupiła się głównie na jej oczach. Były bardzo fajnie rozjaśnione. Mimo swojego wieku wyglądała naturalnie. Pomyślałam, że "maznę" sobie wokół oczu jasnym cieniem. Efekt wprawdzie był widoczny, ale nie taki, jaki chciałam, ponieważ cień wchodził w załamania. A nie będę ukrywać, że zmarszczki wokół oczu, czy też tzw. "kurze łapki" są u mnie już widoczne. Niestety, ale swoich lat nie przeskoczę...

Całą "robotę" zrobił jednak Lemon Drop. Po pierwszym użyciu popełniłam błąd, ponieważ się zapomniałam i zamiast tuż po aplikacji podkładu nałożyłam go już na finał, czyli bezpośrednio na puder. Fajnie rozjaśniło, jednak było zbyt żółto, co rzucało się za bardzo w oczy. Za drugim razem już się przypilnowałam i musnęłam sobie pędzlem na podkład, aby tą "żółć" zakamuflować pudrem. I to było to. Taka kolejność bardziej mi odpowiada. Załamań nie było już aż tak bardzo widać. W chwili obecnej zdecydowanie częściej sięgam po Lemon Drop, niż Pistachio.

Jednak polecam Wam mimo wszystko oba. Dla mnie są to bardzo praktyczne korektory.

 
- elegancka, limitowana kosmetyczka Lily Lolo - 


Hmm jak ją tylko zobaczyłam, od razu pomyślałam, że muszą ją mieć. Do wyboru są właściwie dwie: złota i czarna. Mi jakoś do wszystkich kosmetyków do makijażu Lily Lolo widziała się ta druga, czyli czarna, która idealnie wkomponuje się w całość. 

Jest niewielkich rozmiarów i nie pomieści mi wszystkich moich ulubionych "mazideł", ale dwie kasetki cieni, prasowany róż do policzków i korektory już w niej "goszczą". Dodatkowo mam w niej schowany eyeliner, dwie kredki czarne do oczy i z pewnością jeszcze coś by się zmieściło. 


Jest bardzo skromna. Na zewnątrz widnieje logo firmy, przy zamku jest przywieszka "Lily".


 Zaś  środek wypełniony jest podszewką wykonaną z wysokiej jakości materiału. Jest to bardzo fajna opcja, ponieważ jak się nam zabrudzi bez problemu wystarczy przetrzeć lekko wilgotną szmatką i wszystko schodzi. 


Jestem bardzo zadowolona z całości zamówienia. 


Cenię sobie nie tylko kosmetyki mineralne, które stały się moimi ulubieńcami, ale przede wszystkim to, że są one naturalne. Nie ma tutaj ogromnej listy niepotrzebnych składników, co myślę, że odwdzięczy mi się w dalekiej przyszłości. Do tego naturalny, fantastyczny efekt jak najbardziej do mnie przemawia.

Oczywiście na oku mam jeszcze kilka pozycji, więc z pewnością powrócę do Was z wpisem, dotyczącym kosmetyków Lily Lolo. 
 

środa, 18 września 2019

Wspomnienie lata - przeciwstarzeniowy balsam ochronny do twarzy i ciała Sun Zone SPF 25 - Oriflame

Wspomnienie lata - przeciwstarzeniowy balsam ochronny do twarzy i ciała Sun Zone SPF 25 - Oriflame

Tegoroczne lato przyszło do nas bardzo szybko i to z dość wysokimi temperaturami, zwłaszcza w czerwcu. Chociaż miesiące lipiec i sierpień były już takie w kratkę, to też dawały „popalić”. Pożegnanie lata – również z pompą. Całe szczęcie miałam wtedy urlop, więc jeździliśmy nad wodę, czy basen. Tam nie odczuwaliśmy tych 35 stopni w cieniu.

Oczywiście nie mogłam zapomnieć o odpowiedniej pielęgnacji skóry i dzieci i mojej. Pod ręką miałam 3 rodzaje kremów, zabezpieczających nas przed szkodliwym działaniem promieniowania UV: z filtrem SPF 25, SPF 30 i SPF50. Ten ostatni – dla dzieci, ponieważ ich młodziuteńka skóra łapie w mig słońce, dla mnie ten pierwszy SPF 25, który sobie zamówiłam z Klubu Konsultantek


To nie pierwszy raz sięgam akurat po tego typu kosmetyki tej marki. Próbowałam już prawie całą linię, z której byłam bardzo zadowolona, zwłaszcza z tych produktów w formie spray’ów.


Tym razem z linia ta zdecydowała się na wypuszczenie kolejnej propozycji w serii, która dołącza do pozostałego grona grona SUN ZONE, a mianowicie balsam ochronny do twarzy i ciała o przeciwstarzeniowym działaniu z filtrem SPF25.


Zawiera on technologię Cellular Protection, która zapobiega poparzeniom skórnym poprzez zbyt długie / częste ekspozycje na słońcu, a jednocześnie chroni skórę przed przedwczesnym starzeniem się.

Zaś koenzym Q-10 zapobiega zmniejszeniu zawartości kolagenu i elastyny w skórze.
Warto zabezpieczać się w odpowiednie produkty o każdej porze roku, a zwłaszcza latem, ponieważ dzięki temu fundujemy sobie nie tylko ochronę przed zbyt szybkim starzeniem się, ale dzięki temu będziemy też dłużej cieszyć się zdrowym, młodzieńczym wyglądem.

Balsamik jest skromny i zajmuje niewiele miejsca. Ze względu na małą zawartość, 50 ml, opakowanie nie ma pompki.


Przy naszych wypadach nad wodę nieuniknionym jest to, że piach zamiast na ziemi, jest dookoła nas: na kocu, ręcznikach, a nawet w mojej kawie się znalazł. Dzieci, podczas zabawy, roznoszą go z prędkością światła, nad czym nie zawsze można zapanować. Piach jest też w „smarowidłach”, ponieważ ktoś po zastosowaniu (patrz zazwyczaj dzieci) po prostu w pośpiechu nie domknie dobrze opakowania. Dlatego tego typu produkty wole na klik, ponieważ gdyby do pompki dostał się piasek, mogłaby się po prostu zaciąć, a wtedy ciężko jest wydobyć zawartość. 


W przypadku tego balsamu spodobało mi się kilka spraw:

- po pierwsze: wiadomo - zabezpiecza skórę przed szkodliwym działaniem promieniowania słonecznego UVA / UVB,
- po drugie: ma odpowiednią, lekką formułę / konsystencję, która szybko się wchłania, nie lepi się i nie brudzi ubrań,
- po trzecie: ma błyskawiczną chłonność,
- po piąte: woda i słońce wysusza – w tym przypadku się nie martw, ponieważ uzyskasz przyjemne nawilżenie,
- po czwarte: balsam jest wodoodporny – nie znika nam od razu tuż np. po wyjściu z wody,
- po piąte: lekko matuje, więc można go zastosować latem - również jako bazę pod makijaż,
- po szóste: został przetestowany dermatologicznie, a więc jest bezpieczny, nie powoduje podrażnień.


Kosmetyk ten używałam nawet po wakacjach. Generalnie tylko na twarz, ponieważ na resztę ciała mam dużo większy krem przeciwsłoneczny, który w tym sezonie chciałam wykończyć. Świetnie się sprawdził, uchronił buźkę przed wysokimi temperaturami. Słońce zazwyczaj najszybciej "łapie" mi nos i czoło. Z tym balsamem uniknęłam komicznego, czerwonego wyglądu w tych miejscach. Poza tym ma on bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny zapach, więc nie drażni, ani nie odpycha.

Z pewnością powrócę do Sun Zone z Oriflame w przyszłym roku. 

piątek, 13 września 2019

Wyjątkowo wzruszający "Taniec z motylami" - Anna Wysocka-Kalkowska (wydawnictwo Psychoskok)

Wyjątkowo wzruszający "Taniec z motylami" - Anna Wysocka-Kalkowska (wydawnictwo Psychoskok)

"Czasami decyzja, którą podejmujemy na jakimś etapie naszego życia rzutuje na całym jego dalszym ciągu".

Ostatnią niedzielę spędziłam jakoś wyjątkowo spokojnie. Wydaje mi się, że wszystko to było sprawką pogody. Od rana u nas padało, więc nic nie wskazywało na to, że będzie to aktywny dzień poza domem. 

Rano na tip-top przygotowałam wszystko na obiad, odrobiłam z synem lekcje, z młodszym Olciem porysowaliśmy i przyszedł ten moment, kiedy to utkwiłam z nosem w książce.

Tym razem sięgnęłam po pozycję „Taniec z motylami”, której autorką jest Anna Wysocka-Kalkowska.


Główną bohaterką jest Zuzanna Starska, kiedyś mieszkająca w Pradze u boku swojej cioci, popularnej w branży zawodowej aktorki, o imieniu Rose Letten. Zaopiekowała się nią po stracie rodziców. Mając 17 lat Zuza całym swoim sercem pokochała tam mężczyznę o imieniu Jakub. Po roku okazało się, że była to tylko jednostronna miłość. Niestety ją porzucił. Nieszczęśliwa z tego powodu uciekła do Polski. Obecnie ma 38 lat, pomieszkuje w malutkiej kawalerce w Toruniu, gdzie na co dzień maluje portrety. Wiedzie spokojne, wręcz raczej nudne życie. Mimo tego, że malarstwo zawsze było jej pasją, to jednak coraz to częściej dopada ją wrażenie, że się wypalała. Jakby to był obowiązek, a nie przyjemność. Zaczyna zadawać sobie pytania, czy aby na pewno to jest to zajęcie, którym chce się w przyszłości zajmować? Poza tym w dalszym ciągu wspomina swoją dawną miłość nie zdając sobie sprawy z tego, że tuż obok niej jest dosłownie na wyciągnięcie dłoni fajny mężczyzna, jej najlepszy przyjaciel Grzegorz.  Ale dla niej to "tylko przyjaźń". To "taki brat z wyboru".

Pewnego razu spotyka starszą Panią, której zawsze co roku malowała portret. To była jej stała klientka. Miriam ma 65 lat. Dawniej zawodowo tańczyła na deskach znanych estrad. Niestety wiek swoje zrobił i wyszła z obiegu. Musiała zakończyć swoją karierę. Rozmawiały o życiu i wtedy padło bardzo ważne zdanie:
"Jeśli nie zmienisz swojego, kiedyś będziesz tego żałowała, tak jak ja teraz. [...] Nie będzie mowy o tańcu z motylami, zostanie szara rzeczywistość i smutek".

To właśnie ona „potrząsa” nieco malarką uświadamiając jej, aby wzięła się w garść i zrobiła w końcu coś ze swoim z życiem, inaczej go zmarnuje na własne życzenie.

 Jej los wywraca się do góry nogami, kiedy wyjeżdża znów do Pragi, do swojej cioci Rose. Ma ona już ponad 80 lat. Tak się składa, że jakieś 10 lat temu przestała grać i założyła szkołę młodych talentów, którą do dzisiaj pielęgnuje. Dzięki temu cieszy się też renomowaną opinią. Obie spędzają ze sobą dużo czasu. Niestety podczas wspólnych chwil traci przytomność i umiera.

 I właśnie wtedy zaczyna się cała akcja. Zuza otrzymuje w spadku od ciotki nie tylko dom z parkiem, konto bankowe na kwotę 15 mln złotych, ale również szkołę. Okazuję się również, że i Grzegorz będzie miał ogromny wpływ na dalsze losy bohaterki. Na jaw wyjdzie też najskrytsza tajemnica Rose, która nigdy dotąd nie ujrzała światła dziennego, a na imię ma Pol. Poznała go po 40-tce. On miał wówczas 25 lat. Między nimi narodził się romans, który, jak się trakcie czytania okazuje, ma ogromny wpływ na całą historię w książce. Dziewczyna musi nie tylko uzyskać przychylność i zaufanie zarządu szkoły, ale dokończyć również przygotowywania do pewnego musicalu, nad którego wstępem pracowała już Pani Letten. Pojawi się też Teresa, która będzie Zuzannie towarzyszyć w najważniejszej podróży jej życia. A także dawna przyjaciółka, Agnes - przekaże jej pamiętnik ciotki, a w nim bezcenne informacje, które zmienią tok myślenia panny z Pragi.


Jak wszystko potoczy się dalej? Czy Zuza podoła zadaniu? Czy zmieni swoje nastawienie i spełni marzenie nie tylko swoje, ale i Rose? Co z Grzesiem, "hultajem", który nabiera coraz to ważniejszego znaczenia w życiu malarki?

"Taniec z motylami" to historia, która ma za zadanie przekazać czytelnikowi, że mimo przeciwności losu i zakrętów, które na nas czekają, a są one nieuniknione, należy spełniać swoje marzenia. Pierwsza miłość, zwłaszcza ta nieodwzajemniona to trudny moment zwłaszcza w takim wieku, w jakim była Zuza. Ale to nie koniec świata. Czas leczy rany. Nie warto się zatrzymywać i rozmyślać o tym co było, skoro po burzy i tak przychodzi słońce. Trzeba cieszyć się tym, co nas otacza. Nie warto zaprzepaścić marzeń przez jedno potknięcie. Wszystkich bohaterów połączyło, a jednocześnie zjednoczyło jedno, czyli bezinteresowna pomoc. A miłość? Tutaj wróci, aż kilkukrotnie, uszczęśliwiając kilka osób jednocześnie.

Książka jest lekka, czyta się płynnie. Przelewa się mnóstwo emocji. Bywały momenty, że tekst mnie wręcz rozśmieszał. Nie ma zbędnych, długich opisów krajobrazów. Tu liczą się emocje, a jest ich naprawdę spora dawka. Całość opowiadana jest z punktu widzenia głównej bohaterki. Dopiero ostatni rozdział pt. "Powrót" to wisienka na torcie, po której przeczytaniu uroniła mi się łza. Ze wzruszenia.


Mottem "pozwólmy sobie na własne szczęście" kończę tą recenzję, a Was zapraszam do lektury.


Copyright © 2016 Ewuczka recenzuje , Blogger