piątek, 31 stycznia 2020

Nauka poprzez zabawę - interaktywna gitara elektryczna Peppa i muzyczny bębęnek Peppa (HH Poland)

Nauka poprzez zabawę - interaktywna gitara elektryczna Peppa  i muzyczny bębęnek Peppa (HH Poland)

W dzisiejszych czasach możliwość wyboru zabawek dla dzieci jest na tyle szeroka, że stojąc w niejednym supermarkecie idzie się tak naprawdę ... "zatracić" w czasie. Patrzysz na te wszystkie kolorowe półki sklepowe i zapewne myślisz: "jak tego jest dużo!".

Dla syna/córki, brata/siostry, wnuka/wnuczki itd. Białe, czerwone, miękkie, twarde, klocki, misie, autka i milion innych „przydasiów”. Jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy to samo stwierdzenie pada już w pokoju tego małego obywatela ( i teraz zapewne sam / sama zastanawiasz się, jak to jest u Ciebie, prawda?). O ile w ogóle możesz do niego wejść.  
Ja na szczęście mogę i osobiście jestem zdania, że odpowiednio wybrane zabawki są istotnym elementem w życiu każdego dziecka.

Naszym chłopakom staramy się tak wszystko dobierać, aby po jednym dniu nie rzucili tego w kąt, tego typu zakup powinien trafić w ich gusta. Od zawsze dużą ich uwagę przykuwają m.in. interaktywne zabawki.

 Nasz 5-letni synio Oluś do dzisiaj jest fascynatem wszystkiego, co gra i świeci. To żywy artysta plastyk, ale jak tylko zobaczył interaktywną gitarę elektryczną Peppa z motywem popularnej Świnki Peppa okazało się, że niezły z niego tancerz.


Na moje szczęście na suwaku służącym do włączania i wyłączania zabawki jest możliwość ustawienia dwóch trybów głośności, więc jest to ogromny plus.


Gitarka posiada mnóstwo różnych przycisków funkcyjnych, dzięki którym dziecko ma możliwość stworzenia nietypowego, osobistego show:
- gryf ma 4 kolorowe przyciski z dźwiękami,
- pokrętło przypomina brzmienie strun,
- drążek wydobywa typowo rockowe dźwięki,
- jest guzik dźwięk, 
- jest guzik z dźwiękiem typowej perkusji,
 - ostatni to guzik 10-ciu różnych melodyjek.



Zabawa jest przednia. Najbardziej podoba nam się środkowe pokrętło imitujące dźwięk strun oraz tuż obok niego, po prawej stronie znajdujący się drążek rockowy.



Gitara przeznaczona jest dla dzieci od 18 miesięcy wzwyż. Nawet nasz Oluś, pomimo 5 lat, jest nią zachwycony i bawi się codziennie przygrywając mi różne melodie.


Jest leciutka, całkowicie wykonana z plastiku. Zasilana jest dwoma bateriami typu AAA, tak więc po wyciągnięciu z opakowania od razu można się bawić, nie martwiąc się o to, czy aby na pewno mamy baterie w domu. Głośność nie przeszkadza. Nawet ustawiona na maxa nie jest dokuczliwa. Światełka LED dodatkowo przykuwają uwagę dzieci. 


 Dodam, że gitarka była już nawet w przedszkolu i wzbudziła duże zainteresowanie.


Dopełnieniem całego show może być również interaktywny muzyczny grający bongo bębenek Peppa.


Podobnie, jak gitara, przeznaczony jest dla dzieci 18 miesięcy +. Jego niewielkie rozmiary celowo dostosowane zostały dla siedzącego dziecka.


Wyposażony jest również w 6 różnych przycisków:
- posiada 8 rytmicznych melodyjek,
-  przycisk zatrzymania,
- przycisk nagrywania, a następnie odtwarzania melodii,
- 2 przyciski różnych tonacji bongo,
- przycisk typu on/off z możliwością ustawienia głośności.


Dodatkowo górna część bębenków jest ruchoma i podświetla się w dwóch kolorach: na zielono i czerwono w zależności od taktu muzyki.


Nie sądziliśmy, że jest możliwość nagrywania i jednocześnie odtwarzania stworzonej przez nas kompozycji. To bardzo fajna opcja, która najbardziej spodobała się naszemu synkowi.



Także tej chwili duecik ze starszym bratem w może tworzyć, co rusz w ich pokoju wydobywają się różne dźwięki - dzień w dzień się bawią, a mi serce się raduje. Obsługa obydwu zabawek jest banalnie prosta, a jednocześnie wszechstronna.


Z takimi gadżetami nie trzeba zachęcać do zabawy, a wręcz w nich uczestniczyć, ponieważ gwarantuje to obustronną satysfakcję. Grunt, aby rodzice spędzali z dziećmi jak najwięcej czasu, ponieważ to od nas zależy, jak je kształtujemy. Dla mnie jest to najważniejsze w życiu. Dlaczego? Ponieważ w zamian dostaje od naszych szkrabów mnóstwo różnych pozytywnych bodźców, jak np. radość i ogromną ciekawość. Zatem jakie z tej treści wyciągnąć wnioski? Inwestujmy w tego typu dziecięce zabawki. Są one świetnym sposobem zarówno na naukę, jak i również zabawę. Można je dostosować do wieku dziecka. Dzięki temu już od najmłodszych lat (a nawet i miesięcy) rozwijamy nie tylko ich osobowość, ale także intelekt, pewność siebie oraz wzbudzamy zainteresowanie. Po co kupować trzeci zestaw klocków? Lepiej jest kupić coś fajnego, interaktywnego, co z pewnością przykuje ich uwagę na dłuższy czas.


Jak te cuda pięknie świecą zobaczycie na moim insta story: ewciaewcia83

sobota, 25 stycznia 2020

"Czy krowy jeżdżą do weterynarza?" - Łukasz Łebek (wydawnictwo Dragon)

"Czy krowy jeżdżą do weterynarza?" - Łukasz Łebek (wydawnictwo Dragon)

Mogę się założyć, że każdy z Was w dzieciństwie miał swoje marzenia. 

Czy to babcia, dziadek, ciocia, sąsiadka, czy sklepowa za rogiem to jednak pytanie to przewijało się dość często: a kim Ty byś chciała / chciał zostać w przyszłości? Wtedy następuje cisza, dziecko patrzy Ci głęboko w oczy i myśli… myśli nad tym, kim to właśnie chciałoby być, kiedy dorośnie. Ja prócz tego, że standardowo - jak na dziewczynkę przystało - chciałam być księżniczką, wróżką, pszczółką Mają (była to wtedy moja ulubiona bajka), ale … miałam momenty zwrotne, kiedy marzyłam być strażakiem, wojskowym, czy … weterynarzem.

Tym ostatnim zawodem zainteresowałam się w momencie, kiedy to u nas w domu zagościł pewien czworonożny przyjaciel. Wiadomo, w międzyczasie zmieniały się moje zachcianki tak samo, jak w tej chwili dzieje się tak w przypadku moich dzieci. Na szczęście sentyment do zwierząt w nich tkwi, więc poszerzamy wiedzę o tematykę w tym zakresie.

Dwie propozycje wydawnictwa Dragon już Wam pokazywałam. Dotyczyły one serii „Wszystko o…”, a dokładniej „Wszystko o krowach” oraz "Wszystko o psach”

Tym razem pojawiła się seria przedstawiająca zawody. W nasze ręce trafił egzemplarz pt. "Czy krowy jeżdżą do weterynarza?" autorstwa Pana Łukasza Łebek.


Zatem idąc dalej w tematyce nie tylko tych łaciatych zwierząt mamy okazję zapoznać się z zawodem ... weterynarza.

Kim jest weterynarz?


Tak na dobrą sprawę weterynarzem może być każdy z nas pod warunkiem, że ukończy w tej dziedzinie studia, które nie należą do tych łatwych.

Potem możemy być lekarzem zawierząt towarzyszących. Pacjentami są tutaj wszystkie małe, puchate stworzenia, czyli psy, koty, króliki, świnki morskie. Są też lekarze zwierząt gospodarskich, tych już nieco większych, jak np. krowy, konie, świnie itd. Są też lekarze, którzy mają wszestronną wiedzę w dziedzinie żywności. Zadaniem tego typu osób jest dopilnowanie, aby jaja, mięso, czy mleko itd. były dla nas bezpieczne.

Nie jest to łatwy zawód ze względu chociażby na to, że zwierzęta nie potrafią mówić.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego weterynarz zamyka drzwi do gabinetu?


Grunt to spokój i bezpieczeństwo. Przychodząc ze swoim pupilem do lekarza musisz pamiętać, że w poczekalni możesz zastać też inne towarzystwo. Grzecznie siadasz i czekasz, aż Pan doktor Cię poprosi do środka. Podczas badania istotny jest wywiad: Ty, jako właściciel, musisz przekazać wszystkie ważne informacje, aby weterynarz mógł postawić odpowiednią diagnozę. Niewykluczone są też czasami dodatkowe badania, jak np. pobranie krwi, prześwietlenie (rentgen). Nie mówiąc o innych zabiegach.


Czy krowa jeździ do weterynarza? 


Zapewne chętnie wybrałaby się taka jedna, czy druga na przejażdżkę, ale dobrze wiesz, że jest to niemożliwe ze względu na jej gabaryty. W tej sytuacji przyjeżdża lekarz terenowy, pracujący poza gabinetem, czy to w święta, czy też w nocy. On musi być cały czas w gotowości. Jego samochód wyposażony jest w mini-aptekę. Sam zaś musi się przebrać w odpowiedni strój - kombinezon roboczy. Warunki u pacjenta są różne, czasem trzeba przedostać przez niekoniecznie przyjemne odchody zwierząt. Poza tym chyba nikt nie chciałby przesiąknąć nieprzyjemnym zapachem unoszącym się w niejednym chlewie, czy też oborze, prawda?

Takie i mnóstwo innych pytań pojawia się właśnie w tej książce. Łącznie jest ich aż 30!

Kto gryzie weterynarza?
Jak działa szczepionka?
Gdzie mieszkają pchły?
Dlaczego chomik nie lubi kuli?
Co to jest pasożyt? ....






Autor, z zawodu weterynarz, Pan Łukasz Łebek, na każde z nich stara się odpowiadać w sposób zruzumiały, bo jak wiadomo, odbiorcą książki są mali, ciekawscy obywatele. Opowiada o plusach i minusach tego zawodu, czasem przytacza smutne informację mając nadzieję, że czytelnik wyciągnie z tego mądre wnioski. Poprzez zdobyte już doświadczenie przekazuje nam też cenne rady: nie tylko jak prawidłowo zachowywać się w gabinecie weterynarii, ale przede wszystkim jak opiekować się swoimi czworonogami, czym je karmić, aby im nie zaszkodzić i na co zwracać szczególną uwagę. Może i jest tu zawartych kilka typowo medycznych słów, jednak całość została świetnie zaprezentowana. Odniosłam wrażenie, że to ciepła i wrażliwa osoba, która w 100% spełnia się w swoim zawodzie.

Podobnie, jak seria "Wszystko o...", tak również ta kolejna, opisująca zawody (oprócz "Czy krowy jeżdżą do weterynarza?" są również dwie inne: "Czy każdy może zostać pilotem?", "Skąd lekarz wie, jak leczyć?") zaliczam do książeczek edukacyjnych. Dziecko nie wszystko jest w stanie dowiedzieć się w szkole.


Na plus zasługują również ilustracje, za które odpowiedzialny jest Pan Tomasz Pląskowski. Fantastycznie obrazują treść, dzięki czemu czytane historie można sobie bezproblemowo wyobrazić.

Wydawnictwo Dragon po raz kolejny już nie zawiodło naszego czytelniczego gustu!


Pytanie tylko, na jaki zawód zdecydują się w przyszłości nasze dzieci... W tej sytuacji musimy uzbroić się w cierpliwość i grzecznie czekać. 


poniedziałek, 6 stycznia 2020

Rozświetl skórę błyskawicznym serum Mansard Phyto Flash - topestetic.pl

Rozświetl skórę błyskawicznym serum Mansard Phyto Flash - topestetic.pl

Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić pewien kosmetyk, który zakupiłam w sklepie Topestetic i uważam, że zasługuje on na uwagę. 




Interesującym faktem jest to, iż produkt ten posiada wszechstronne działanie. Jak sama nazwa już wskazuje, nie tylko ma rozświetlać, ale również odmładzać naszą skórę, dostarczając jej odpowiednią ilość właściwości odżywczych, dotleniających i nawilżających. 

W składzie mamy bardzo bogaty, naturalny zestaw, a mianowicie:
- wąkrota azjatycka,
- żeń-szeń syberyjski,
- skrzyp polny,
- morszczyn pęcherzykowaty,
- nagietek,
- miłorząb japoński,
- żeń-szeń właściwy.

Cieszę, że na tej liście jest nagietek, który, jak wiadomo, ma nie tylko działanie lecznicze, ale zastosowany w kosmetyce odpowiada właśnie za regenerację skóry, pomagając uporać się z wieloma jej niedoskonałościami – takimi, jak chociażby  trądzik czy zaskórniki. Likwiduje również uczucie szorstkości serwując nam nawilżenie i zmiękczenie.

No dobra, ale do rzeczy... 

Przede wszystkim zaskoczyła mnie jego formuła. Jest zupełnie odmienna od wszystkich tego typu kosmetyków, które dotąd miałam okazję w życiu już próbować. Konsystencja jest całkowicie płynna, przypominająca hydrolat, czy najzwyklejszy tonik.

Buteleczka na szczęście jest plastikowa. Nie przepadam za szklanymi, ponieważ już raz jeden kosmetyk stłukłam, tak więc bezpieczniej jest dla mnie zaopatrywać się w plastikowe opakowania.


Kolejną, zaskakującą cechą jest sposób aplikacji. Pompka przyjemnie rozpyla delikatną mgiełkę, tak więc stosować możemy na dwa sposoby:
- bezpośrednio na twarz (tudzież dłoń),
- nasączyć płatek kosmetyczny i położyć go na 10-15 minut na wybrane miejsca, np. okolice oczu.


Efekty po stosowaniu:

Ja zazwyczaj spryskuję serum wieczorem, od razu na całą skórę bez obaw, że będą mnie piekły oczu. Nie podrażnia, ma przyjemny zapach i faktycznie mimo, że jest to płynna postać i szybko się wchłania, to jednak nie wysusza, a naprawdę nawilża. Powoduje lekkie uczucie napięcia, ale to dobrze, ponieważ z pewnością czynność ta będzie nas chronić przed zmarszczkami. 

Rano skóra jest wygładzona, odżywiona, jakby nieco jaśniejsza i pełna życia, bez mocno widocznego zmęczenia pod oczami. 

Szkoda tylko, że to drogi kosmetyk, 100 ml dość szybko się zużywa, dlatego zaczęłam go troszkę oszczędzać i stosuje 2-3 razy w tygodniu. W zupełności mi to wystarcza. 


Polecam wypróbować. Na zmęczoną skórę działa rewelacyjnie. Sklep Topestetic w swojej ofercie ma same fantastyczne perełki kosmetyczne.

Ahoj przygodo -"Hulajnogą przez smoczą wyspę" - Dominika Wieczorkiewicza (wydawnictwo Skrzat)

Ahoj przygodo -"Hulajnogą przez smoczą wyspę" - Dominika Wieczorkiewicza (wydawnictwo Skrzat)

"Cześć. Mam na imię Dominik. Jestem leśnikiem i bardzo lubię polską przyrodę, ale największą moją pasją jest podróżowanie na hulajnodze po odległych zakątkach świata. Wystarczy spakować plecak, załatać dziurawy hamak, naoliwić łożyska kół hulajnogi i mieć zwariowane marzenia... Reszta wydarzy się sama".


Smocza Wyspa była jednym z niespełnionych dotąd marzeń Dominika Wieczorkiewicza, leśnika, autora książki pt. "Hulajnogą przez Smoczą Wyspę". Pewnego dnia zachwycił się starymi pocztówkami, które przywiozła jego mama, kupując je przed laty w stolicy Syrii - Damaszku.


Z neta dowiedział się, że to chyba jedyne miejsce na świecie, położone zarówno w Afryce, jak i w Azji. Wyspę jednak podbili Arabowie, przez co stała się częścią Jemenu, kraju, który nie słynie z tych bezpiecznych miejsc na świecie. 


Mimo to odważył się podjąć wyzwania, 
a wszystkie wspomnienia ujął w swojej powieści. 

Gotowi jesteście na wspólną podróż w poszukiwaniu smoków, Feniksa i jednorożców? 

Jeżeli tak, zapraszamy Was do lektury. Dziś nie będzie ściemy - to wszystko działo się naprawdę. 

Z racji swojej pasji do natury Pan Dominik dużo czasu spędza nie tylko ze swoimi dziewczynami, tą dużą już Martusią i małą Lenką, psem Saba i gromadką kotów: Skarpetki, Łatka, Buraska, Sabelli i Pajęczynka. W swoim życiu ma też innych, młodych podopiecznych, opowiadając im o leśnych zwierzętach. Zaś z uczniami starszych klas urządza np. leśne podchody.

Wraz z rodziną mieszka w domku położonym w samym sercu Puszczy Noteckiej, bez sąsiadów, gdzie do najbliższego sklepu spożywczego mają 3 kilometry. 


Jednak jeden telefon od pewnego mieszkańca Bliskiego Wschodu, znajomego Jemeńczyka o imieniu Yahaya spowodował, że z dnia na dzień, mimo zapewne sprzeciwu żony, wyruszył w podróż swojego życia.


Spakował wszystkie niezbędne rzeczy, w tym hulajnogę oraz misia Tosię.


 Już na samym początku zrobiło się nieco pod górkę, ponieważ ktoś z obsługi pomylił walizki i Dominik został bez bagażu. Z tego też względu, będąc już w portowym mieście Salala zmuszony był iść ponad 15 km pieszo do celu. Nad Omanem prażyło słońce, więc na spotkanie z Yahaya dotarł jak zmokła kura.

Jak się później okazuje, był to dopiero początek wspaniałej i niezapomnianej przygody...Na dzień dobry, w domu przyjaciela, otrzymał nie tylko miskę pełną pachnącej soczewicy, ale także świeże męskie ubranie - arabską sukienkę, w której początkowo ciężko było mu się poruszać...


Yahaya uświadomił też Dominikowi, że oczekiwanie na rejs na Smoczą Wyspę może się nieco wydłużyć. Póki co na morzu grasował ogromny cyklon. Drewniana łajba mogłaby sobie z tym nie poradzić, a wręcz rozsypać się w drobny mak. Poza tym, odkąd port lotniczy został zamknięty, ludzie niechętnie wyprawiają się w tamto miejsce. Trasa prowadzi w pobliżu wybrzeży Somalii, gdzie wody opanowane są przez piratów.


Są oni skłonni porwać wędrowców dla okupu, a zwłaszcza, kiedy zobaczą Europejczyka. Dlatego warto jest mieć przy sobie strój arabski. Piraci niechętnie jednak toczą walkę z Jemeńczykami. Lepiej stwarzać pozory, aniżeli paść ofiarą niebezpiecznych, zdolnych do wszystkiego piratów. Dominik przyjmował te opowiadania z lekkim przymrożeniem oka nie zdając sobie tak naprawdę do końca sprawy, że za kilka dni wszystko to, o czym słuchał, okaże się być prawdą.

Mimo wszystko dotarł do stolicy wyspy - Hadiboh, gdzie większość dawnych biurowców umarła życiem codziennym, a sklepy spożywcze pozamykane były na trzy spusty. Jakby życie stanęło w miejscu, zwłaszcza, że w jednym z kantorów widniał kurs dolara ... sprzed trzech lat!

Ale jego marzenie się spełniło, a widoki momentami zapierały dech w piersiach.Potworne,złowrogie dźwięki, cmentarzysko czołgów, miodowa uczta, która ostatecznie przełamała Dominika i skusiła go na przekąszenie np. ryby w miodzie, czy też fasolki na słodko - to tylko skrawek tego, co zostało przelane w tej książce na papier.



Tosia, towarzyszący podczas tej całej wyprawy miś, wraz ze swoim towarzyszem znalazła się w Krainie Czarów, mając okazję podziwiać np. butelkowe drzewa. Udało im się dotrzeć do symbolu wyspy - smoczego lasu, przepełnionego drzewami, które na pierwszy rzut oka przypominały grzyby. Jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w tutejszej miejscowości.





Niestety czas dobiegł końca i trzeba było wracać do domu.

Tam przecież czekały na niego stęsknione już dziewczyny. W końcu w domu również czekały nowe, fascynujące przygody, jak np. wizyta u koleżanki. Miał tam obejrzeć pewnego kundelka, dla którego poszukiwany był nowy dom. Wyglądał jak skrzyżowanie jamnika z wyżłem. Gapcio od razu zdobył sympatię Dominika. Niestety widoczny w oczach żal dziewczynki, która musiała rozstać się ze swoim przyjacielem był bardzo bolesny. Ale i temu można było zaradzić, ponieważ bohater książki postanowił podarować jej Tosię.


Panie Dominiku: serdecznie dziękujemy za możliwość wzięcia udziału w opisanej przez Pana przygodzie, która momentami powodowała lekkie napięcie i niepokój. Ale fantastycznie rozwiał nam Pan te uczucia poprzez dowcipną treść.

Poza tym książka przepełniona jest ogromną ilością fotografii, dzięki czemu czytelnik ma zarys tego, co na żywo ujrzał autor.

O ilustracje zadbała tutaj Pani Zofia Zabrzeska. Dzięki wydawnictwu Skrzat mamy okazję oglądać efekt końcowy.

Teraz mam problem, ponieważ nasze dzieci również chciałyby ujrzeć na żywo butelkowe drzewa. Mapa jest, hulajnogę i hamak cały i zdrowy również mamy, misie gotowe do wyprawy. Co mam zatem teraz począć? 


Copyright © 2016 Ewuczka recenzuje , Blogger